Cześć wszystkim! Dziś mamy przyjemność gościć wyjątkowego rozmówcę – Karola Wójcickiego, popularyzatora nauki i twórcę największego w Polsce fanpage’a astronomicznego „Z Głową w Gwiazdach”. Pan Karol to prawdziwy pasjonat kosmosu, który od lat z niezwykłym entuzjazmem zaraża innych miłością do astronomii – czy to poprzez fascynujące zdjęcia i opisy zórz polarnych, zaćmień słońca, czy zachęcając do tego, że obserwowanie nieba może być prostą i dla każdego dostępną przygodą. O skali jego wpływu najlepiej świadczą liczby – blisko 500 000 obserwujących na Facebooku! To naprawdę imponujący dowód na to, jak bardzo Polacy chcą patrzeć w gwiazdy. Dzień dobry, Panie Karolu! To dla mnie ogromna przyjemność móc dziś z panem porozmawiać w imieniu Polskiego Portalu Astronomicznego AstroNET. Serdecznie witamy!
Karol Wójcicki: Dzień dobry. Cześć, dla mnie to też ogromna przyjemność, bo wystarczy wspomnieć, że AstroNET czytałem na samych swoich początkach przygody astronomicznej i także to wielki zaszczyt gościć u was.
Panie Karolu, już jako piętnastolatek w 2003 roku dołączył Pan do towarzystwa miłośników astronomii, a więc pasja do gwiazd zaczęła się bardzo wcześnie. Kilka lat później przełożył pan tę miłość na konkretną decyzję życiową i podjął studia astronomiczne, ale co tak naprawdę wpłynęło na to, że postawił pan właśnie na astronomię? Czy była to stopniowa, naturalna droga, czy może jakiś konkretny moment? Konkretna obserwacja, książka, a może konkretna osoba, która pana zainspirowała i pchnęła w tym kierunku?
Jak w wielu przypadkach, to był raczej proces. Nie było za tym jedynego szczególnego wydarzenia, które zawróciło by mi kompletnie w głowie i ukierunkowało na całą moją dorosłość. To raczej była seria różnych zdarzeń, fascynacji i tematów, które gdzieś mi się koło głowy krążyły latami. Zaczęło się pewnie bardzo wcześnie od jakichś wspomnień z dzieciństwa i widoku spadającej gwiazdy, gdzieś tam nad stodołą dziadków na wsi. Później pojawiały się takie fascynacje i w ogóle światem przyrodą, które zaczęły gdzieś w wieku późnej podstawówki dryfować w stronę zainteresowania kosmosem, a w pewnym momencie nagle się okazało, że ten nie namacalny jednak kosmos może być całkiem namacalny, gdy skupimy się tylko na obserwacjach nocnego nieba i nagle się okazuje, że to wszystko o czym czytałem, co oglądałem w programach telewizyjnych to gdzieś to tam jest, za oknem, nad głową po zmierzchu. I to okazało się szalenie ekscytujące. No, a potem to już się tak trochę potoczyło.
Ja zastanawiam się, dlaczego akurat to popularyzator nauki, a nie na przykład naukowiec, astronom; w końcu studia astronomiczne, a więc zostanie astronomem byłoby naturalne, a jednak Pan wybrał tę ścieżkę popularyzatora. Skąd taki wybór?
Jak robiłeś research, to pewnie też znalazłeś informację, że ja tych studiów nie skończyłem, bo okazało się, że rzeczywiście marny ze mnie byłby naukowiec. Ja miałem pewne trudności na etapie późnego liceum już we wczesnej dorosłości, zdrowotnie różnie będziemy to rozwijali, natomiast rzeczywiście tych studiów nie skończyłem. Też trochę z tego powodu, że dosyć szybko zdałem sobie sprawę, że to, co się dzieje na astronomii uniwersyteckiej, to nie do końca jest to, co ja chcę robić. Zresztą to jest do dzisiaj rzecz, przed którą ja przestrzegam bardzo wielu miłośników astronomii, dla których często naturalną koleją rzeczy jest to, żeby kontynuować swoją astronomiczną pasję właśnie na kierunku astronomicznym, gdzieś na wydziale fizyki na jednej z polskich uczelni. Problem polega na tym, że astronomia, którą zajmują się dzisiaj amatorzy, często nie jest tym samym, czym zajmują się dzisiaj zawodowi astronomowie. Ja pamiętam taką anegdotę, gdy byłem na wydziale fizyki na Hożej w Warszawie z moimi przyjaciółmi. Wtedy na pierwszym roku umawialiśmy się na wyjście na obserwacje nieba przez teleskop i miałem ten dwudziestopięciocentymetrowy Newton i mieliśmy jechać sobie z nim za miasto. Nagle zagadali do nas studenci trzeciego roku, którzy stali obok i przysłuchiwali się naszej rozmowie, i zapytali: „Słuchajcie, bo słyszeliśmy, że jedziecie na obserwację z teleskopem, czy możemy pojechać z wami? Bo my nigdy nie patrzyliśmy jeszcze przez teleskop.” I ja wtedy pomyślałem, że coś tu jest chyba nie tak i na początku mnie to oburzyło. Ale potem zrozumiałem i trzeba to zrozumieć, że astronomia dzisiejsza, gdyby miała bazować na obserwacjach nieba, po prostu przez teleskop, no to trochę by tkwiła w czasach romantycznych, niezwykle pięknych, ale jednak wciąż Galileusza.
Dzisiejsze metody badania kosmosu są zupełnie inne i to nie jest już taki plas astronomów, którzy marzną przy teleskopie, a mnie to niezwykle kręciło. Dlatego wtedy też pomyślałem, że chyba ta astronomia amatorska może zostać cały czas ze mną. Ja nic nie stracę, nie będąc naukowcem, a szybko się okazało, że chęć opowiadania o tym innym i wkręcania w ten temat przyjaciół, sąsiadów, rodziny była świetną podwaliną pod to, żeby pójść w stronę popularyzacji astronomii. No i chyba to była dobra decyzja wtedy.
Teraz przejdziemy do bardziej fachowych pytań, myślę, że też bardzo ważnych dla Pana jako popularyzatora nauki. Polska niedawno przeżyła swój prawdziwy kosmiczny renesans. Trzeba to przyznać. Sławosz Uznański-Wiśniewski powrócił na orbitę po ponad 45 latach nieobecności Polaków w kosmosie i był to moment, który zelektryzował cały kraj. Misja IGNIS miała zresztą wpisany w swoje cele nie tylko wymiar naukowy, ale i edukacyjny; aż 20% czasu misji zaplanowano z myślą o dzieciach i młodzieży, z bezpośrednimi połączeniami z ISS, pokazami na żywo i całym cyklem warsztatów „Zostań kosmicznym inżynierem”.
Jako ktoś, kto od lat stoi na pierwszej linii frontu popularyzacji astronomii w Polsce, jest Pan chyba najlepszą osobą do oceny tego, czy ten potencjał został rzeczywiście wykorzystany. A więc czy, Pana zdaniem, misja spełniła swoją rolę popularyzatorską i czy młodzi ludzie rzeczywiście poczuli fascynację kosmosem? Czy był to raczej chwilowy, taki medialny błysk, po którym zainteresowanie szybko opadło? I co według pana należałoby zrobić, aby ten zapał nie wygasł, aby za kilka lat mieć w Polsce kolejne pokolenie pasjonatów kosmosu, a może nawet kolejnego astronautę?
Zdecydowanie ten potencjał nie został wykorzystany. Mi już się trochę przykleiła łata jednego z głównych krytyków misji Ignis w Polsce, pod względem popularyzacji wiedzy o kosmosie, ale naprawdę nie trzeba mieć wielkiego doświadczenia, żeby patrzeć na to, co się wydarzyło, całkowicie krytycznie. Misja Ignis, poza walorami naukowymi, które, swoją drogą, sam jestem ciekaw, jakie są, bo komunikacja tej misji po prostu leży, miała niezwykle mało aspektów popularnonaukowych, a tam, gdzie były one podejmowane, były robione kompletnie nieskutecznie. Było wiele czynników, które o tym zdecydowały. Mam wrażenie, że zwyczajnie zabrakło w zespole ludzi przygotowujących misję Ignis, ludzi o odpowiednich kompetencjach, którzy nie tylko rozumieliby potrzebę popularyzacji nauki, ale też współczesne metody robienia tego. Mam wrażenie, że poza kilkoma osobami z działu medialnego. W zasadzie nie było tam nikogo, kto mógłby podsunąć jakikolwiek pomysł, a i tam, za skutek różnych zawirowań kadrowych w Polskiej Agencji Kosmicznej, tuż przed startem misji, ta komunikacja medialna po prostu leżała. Gdy skupimy się na tym samym aspekcie, o którym często się mówi, że 20% misji to działanie edukacyjne, to może i tak było. W czasie prawie 3-tygodniowej misji, jeśli uznamy, że 20% zostało przeznaczone na działanie edukacyjne, to teoretycznie naprawdę bardzo dużo czasu. Można było zrobić z tego naprawdę sporo fajnych rzeczy.
gov.plKonferencja prasowa z udziałem ministra Krzysztofa Paszyka i polskiego astronauty Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego.
Tymczasem my mogliśmy zobaczyć, co najwyżej, jeśli dobrze pamiętam, 4 łączenia Sławosza z Ziemią podczas spotkań w 4 różnych miastach, które były to zresztą spotkaniami zamkniętymi, były transmitowane online. Natomiast poza tym niewiele zostało. Pominę już fakt, że podczas tych spotkań bardzo często eksperymenty przeprowadzane przez Sławosza niewiele przedstawiały, to znaczy często były wykonywane w sposób nieskuteczny. Nie było widać tego, co miały prezentować. Technicznie były po prostu fatalnie przygotowane, ale po nich też nic nie zostało.
Mamy dzisiaj maj, a w zasadzie już zbliżamy się do jego drugiej połowy. Do polskich szkół nadal nie trafiły żadne materiały edukacyjne opracowane podczas misji. Nie widzieliśmy nadal żadnych nagrań przygotowanych dla szkół przez Sławosza na orbicie. Wiemy, że takie nagrania przecież powstały. Różne plotki krążą o tym, co jest tego powodem. Jeszcze się chyba ugryzę w język, może nie będę do tego zdradzał. Dam nadal szansę Polskiej Agencji Kosmicznej, żeby w końcu te materiały ujrzały światło dzienne, ale sam fakt, jak niewiele po tej misji dzisiaj zostało, doskonale obrazuje problem, z jakim ona się borykała. I, prawdę mówiąc, jeśli mielibyśmy wysłać kolejnego Polaka w kosmos, to powinniśmy zacząć przygotowywać ten aspekt edukacyjny popularnonaukowy dużo wcześniej, bo gdy Polak jest w kosmosie. To musi być to. Powinna to być kulminacja serii wydarzeń, które pozwolą ludziom bardzo dobrze merytorycznie przygotować się na to wydarzenie i w pełni świadomie wartości tego i znaczenia śledzić jej przebieg. A u nas wszystko zadziało się bardzo szybko, z wieloma błędami komunikacyjnymi, a śladów potem dzisiaj już praktycznie nie ma.
Jak pan wspomniał, od misji minęło prawie 10 miesięcy. Entuzjazm także nieco opadł. Ale jednak co dalej? Jak według pana powinna wyglądać kolejna polska misja kosmiczna? Jak już się ten temat przeplatał: co warto powtórzyć, co poprawić, a czego zdecydowanie unikać? Czy stawiać na kolejnego astronautę na ISS, czy może czas myśleć szerzej o własnych misjach naukowych?
Gdy w listopadzie ubiegłego roku Polska zwiększyła swoją składkę do Europejskiej Agencji Kosmicznej, niektórzy podejrzewali, że niedługo będziemy mogli doczekać się kolejnego Polaka lecącego w kosmos, bo w końcu nagle wykładamy jeszcze więcej pieniędzy na to, by je zainwestować w przemysł kosmiczny. Jakież było zdziwienie, być może nawet samego Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, gdy okazało się, że w tej zwiększonej składce nie została zwiększona, wręcz została zmniejszona składka na tak zwaną eksploatację, która odpowiada za możliwość wysłania polskiego astronauty ponownie na orbitę, za możliwość bycia astronautą w Europejskiej Agencji Kosmicznej. My przez najbliższe 3 lata takiej możliwości mieć nie będziemy, to znaczy Sławosz jej mieć nie będzie. Dlatego nie możemy liczyć za bardzo na to, że Polak szybko poleci w kosmos. Pytanie, czy powinniśmy na to liczyć, czy powinniśmy w ogóle kolejnego Polaka w kosmos wysyłać? Misja Ignis pod tym względem była absolutnie, chciałbym powiedzieć, wyjątkowa, ale raczej powiem przedziwna na skalę europejską czy światową, bo zazwyczaj jest tak, że ludzie w kosmos lecą wtedy, kiedy mamy pewną konkretną potrzebę dokonania jakiegoś eksperymentu, przeprowadzenia jakichś badań, sprawdzenia czegoś w stanie mikrograwitacji, wysyłania ludzi w kosmos, dlatego, żeby ich wysłać w kosmos, to już się skończyło. Na samym początku ery lotów kosmicznych i bardzo szybko musieliśmy mieć powody, żeby to robić. Choćby to były powody eksploracyjne, a później też po prostu naukowe, stacja kosmiczna przecież nie jest dzisiaj żadną areną cyrkową, na której wszyscy obserwujemy, jak ludzie kręcą bączki w powietrzu, tylko to jest poważne laboratorium naukowe.
Gdy Szwedzi wysyłali w misji, jeśli dobrze pamiętam chyba Axiom 3, swojego astronautę, wykupili mu miejsce, to to miejsce zostało sfinansowane między innymi przez firmę szwedzkiego sektora kosmicznego i w ogóle przez szwedzkich przedstawicieli nauki i technologii, którzy poczuli, że doszli trochę do ściany i potrzebują pójść o krok dalej, zrobić coś więcej. Sfinansowali więc misję kosmiczną, podczas której astronauta testował w kosmosie różne rozwiązania. My zrobiliśmy inaczej: my najpierw zapłaciliśmy za lot Polaka w kosmos, a później dopiero zaczęliśmy zastanawiać się, po co on ma tam lecieć? Na szybko zaczęto szukać eksperymentów, które mają uzasadnić obecność Polaka w kosmosie, a ta obecność, o której tutaj dużo mówić dzisiaj chyba trzeba powiedzieć, otwarcie była polityczną zagrywką nakierunkową na zwiększenie wyniku wyborczego przed wyborami w 2023. W każdym razie to wszystko zostało zrobione zupełnie pod prąd z marnymi efektami, jak dzisiaj możemy się przekonać. Czy polska nauka tego potrzebowała? Wydaje mi się, że nie. Czy polska nauka dzisiaj potrzebuje kolejnego lotu w kosmos? Jeszcze nie, ale rozwój polskiego sektora kosmicznego, który teraz bardzo przyspieszył, może sprawić, że za kilka lat my będziemy mieli większą potrzebę naprawdę odbycia takiego lotu. Bardzo za to trzymam kciuki, więc rozwijajmy to, co jest na Ziemi, żebyśmy mogli myśleć o tym, kiedy po raz kolejny wyślemy Polaka w kosmos.
Szwedzki astronauta misji Axiom 3, Marcus Wandt, na ISS.
Wspomniał Pan o tym, że być może na lot w kosmos Polaka dzisiaj nie ma jeszcze takiej potrzeby, ale powiedział Pan także, że polski sektor kosmiczny wciąż się rozwija prężnie. W takim razie jakie cele uważa Pan, że powinien sobie stawiać przed sobą właśnie polski sektor kosmiczny? W dzisiejszych czasach, na dzisiejszy dzień.
Dzisiaj polski sektor kosmiczny rozwija się naprawdę prężnie, ale boryka się z pewnymi problemami. My świętujemy już teraz co kilka tygodni pojawianie się na orbicie kolejnego polskiego satelity. Chociażby przyjrzymy się temu zwrotowi „Polski satelita”, to nagle się okaże, że de facto są to często satelity, które co prawda składane są przez polskie firmy, ale są to konstrukcje, których źródeł należy upatrywać jednak gdzieś u dostawców zachodnich. Satelity Iceye, które są dostarczane dla polskiego wojska, to polsko-fiński projekt, który tak na dobrą sprawę jest też obecny w wielu innych miejscach na świecie. Zmierzam do tego, że my wciąż, nawet jeśli budujemy na przykład różnego rodzaju instrumenty naukowe, to materiały na nie musimy szukać gdzieś na zewnętrznych rynkach. Choć inwestuje się w duże firmy sektora kosmicznego, trochę zapomina się o tych mniejszych, które są w stanie dostarczyć często te najmniejsze komponenty, które są wymagane do działania samych satelitów. Ostatnio spotkałem się z taką opinią jednej firmy z sektora kosmicznego, że z tego, że my wysyłamy w kosmos satelitę, skoro żeby sterować tym satelitą, musimy koła zamachowe kupić na Zachodzie, bo nikt w Polsce ich nie produkuje. Także ten sektor powinien być coraz bardziej dywersyfikowany. Pieniądze powinny iść do wielu mniejszych podmiotów, które pozwolą nam stworzyć cały ekosystem, dający szansę tworzenia polskich satelitów, polskich instrumentów naukowych w całości od początku do końca, tu u nas w Polsce, bo do tego chcemy dążyć, żeby się całkowicie uniezależniać od zewnętrznych dostawców, i to jest jeden z takich elementów, na których teraz powinniśmy się pewnie skupić. Przed nami kilka pewnie fajnych lat, jeśli chodzi o inwestycje w ten sektor kosmiczny za sprawą większej składki do Europejskiej Agencji Kosmicznej, którą musimy umieć też odzyskać, ale też inwestycji chociażby w obronność, bo dzisiaj pamiętajmy, że te satelity i przemysł kosmiczny również są bardzo mocno powiązane z tak modnym i ważnym ostatnio tematem naszego bezpieczeństwa.
Wspomniał Pan o uzależnieniu od Zachodu, a także od innych krajów, a więc tak naprawdę nie jesteśmy niezależnym bytem, aczkolwiek na świecie także dzieje się całkiem dużo, tym bardziej od lat słyszymy wielkie obietnice: powrót na Księżyc, człowiek na Marsie, nowa era w eksploracji kosmosu. Tymczasem rzeczywistość była bardziej prozaiczna: Artemis II co prawda okrążyła przed paroma tygodniami Księżyc z załogą na pokładzie po raz pierwszy od ponad 50 lat, ale samo lądowanie wciąż przed nami, planowane dopiero w ramach misji Artemis IV. Do gry coraz śmielej wchodzą nowi zawodnicy, chociażby Chiny czy Indie, które realizują swój program konsekwentnie w ciszy, działając spokojnie, bez medialnego szumu. Wyścig kosmiczny trwa, tyle że dziś jest zupełnie inny niż ten z czasów Apollo. Mniej spektakularny, bardziej skomplikowany, za to dalekosiężny. Pana zdaniem, kto rzeczywiście jako pierwszy wygra ten współczesny wyścig kosmiczny, postawi człowieka na Marsie i czy w ogóle stanie się to za naszego życia? Czy wierzy Pan w to, że wciąż będą to Amerykanie, czy może jednak przyszłość należy do tych, którzy dzisiaj pracują w ciszy?
Wydaje mi się jednak, że ta sytuacja jest dużo prostsza niż czasami niektórzy chcieliby ją przedstawiać. Wiesz, to znaczy, trochę mi się nie chce wierzyć, że tam gdzieś w ciszy naprawdę dzieją się rzeczy wielkie, bo gdyby one naprawdę były, to we współczesnym świecie bardzo trudno byłoby je utrzymać w tajemnicy. Chyba nikt by nie chciał tak naprawdę, nie wiem, gdzieś skrywać jakąś potężną rakietę, którą gdzieś tam w sobie w zaciszach gdzieś pomiędzy chińskimi górami kraj środka rozwija. Myślę sobie, że faktycznie nadal jednak Stany Zjednoczone są tutaj na prowadzeniu i nawet chyba bym powiedział, że może jednak na próżno szukać im nawet jakiegoś solidnego konkurenta. On może wyrośnie za jakiś czas, ale póki co raczej on nadgania to, co Amerykanie już osiągnęli w przeszłości. Na pewno ten konkurent ma ogromne ambicje, ale czy aby na pewno jest dzisiaj w stanie konkurować? Jeszcze wątpię tak na dobrą sprawę. Wydaje mi się, że zobaczymy za naszego życia ponownie człowieka na Księżycu, człowieka też na Marsie. Bardzo liczę na to, że to się nie wydarzy później niż do 2035 roku, chociaż już ta data jest przesuwana coraz dalej i coraz dalej. Natomiast wierzę, że to się wydarzy i raczej jestem skłonny postawić, może nie dużo, ale jednak pieniądze na to, że ta amerykańska flaga będzie tam wbita w Czerwoną Planetę po raz pierwszy, choć oczywiście dla niektórych czerwona flaga na Czerwonej Planecie może wyglądałaby nawet trochę lepiej, ale to chyba nam nie grozi.
A czy uważa Pan, że jeżeli już to Amerykanie, to czy będzie to praca jedynie NASA, czy może jednak także innych spółek kosmicznych, takich jak SpaceX czy na przykład Blue Origin, które także trzeba przyznać, że prężnie wchodzą w ten sektor kosmiczny, a także są wielkimi graczami na poziomie światowym?
W zasadzie to oni są jedynymi graczami, gdybym odpowiedział, dlatego że NASA w tym momencie nie pracuje bezpośrednio nad lotem na Marsa. Rakieta SLS została przygotowana do lotów księżycowych i temu poświęcony jest program Artemis. Natomiast budowana rakieta Starship, którą kilka dni temu, wczoraj dosłownie, po raz pierwszy zobaczyliśmy w pełnej konfiguracji. W wersji trzeciej zarówno boostera, jak i samego shipa jest to rozwiązanie, które na Marsa ma polecić, co prawda zabierze wcześniej ludzi jeszcze na Księżyc, ale to właśnie Marsowi jest ta misja dedykowana i to się dzieje.
Rakieta nośna Starship V3 podczas testu.
To widzimy. Możemy polecieć do Boca Chica. Możemy stanąć sobie, zobaczyć startującą potężną rakietę, która niedługo tych ludzi na Marsa ma zabrać, i to na razie jest jedyny środek transportu na naszej planecie, który jest temu dedykowany i który jest do tego testowany. Więc ja raczej nie upatrywałbym tutaj NASA jako gracza. Na pewnym etapie pewnie oni gdzieś do tego dołączą, ale jednak coś czuję, że lot na Marsa będzie się odbywać; ta rywalizacja będzie się odbywać jednak. Jeśli patrzymy na Stany Zjednoczone, to na płaszczyźnie sektora prywatnego kosmicznego, który być może na jakimś etapie będzie rywalizował, no właśnie, wspomnieli wcześniej Chińczycy, ale raczej stawiam, że SpaceX dopnie swego.
Bardzo dziękuję. Na początku wywiadu wspomniał Pan o swoim zamiłowaniu do obserwacji kosmosu i z tego powodu mam parę szybkich strzałów, szybkich pytań: co by Pan wybrał? Obserwacje przez teleskop czy gołym okiem?
W ostatnich latach zdecydowanie gołym okiem jakoś tak troszeczkę odszedłem od obserwacji teleskopowych. Przy pomocy teleskopu pokazuję ludziom różne rzeczy, oczywiście, na niebie w dalszym ciągu. Aczkolwiek czasem mi chyba brakuje coraz więcej determinacji do tego, żeby eksplorować obiekty przez teleskop. Robiłem to wiele lat temu, dosyć dokładnie i chyba już mi trochę przeszło. Natomiast mam ogromną frajdę z możliwości obserwowania różnych rzeczy nieuzbrojonym okiem. Tam się dzieje naprawdę bardzo dużo i różnorodnych rzeczy. Więc chyba obserwacje nieuzbrojonym okiem to jest to, co mnie dzisiaj kręci najbardziej.
Jedno astronomiczne zjawisko, które powinien zobaczyć każdy człowiek na Ziemi.
Absolutnie całkowite zaćmienie Słońca – i tutaj nie mam w ogóle najmniejszej wątpliwości – to jest najbardziej nieprawdopodobne, najbardziej niesamowite zjawisko, jakie w ogóle na tej planecie można zobaczyć. Uważam, że każdy powinien je zobaczyć. A każdy w Europie będzie miał szansę je zobaczyć już 12 sierpnia tego roku, kiedy pas zaćmienia, pierwszy raz od 27 lat, będzie przechodził przez Europę, przez Hiszpanię konkretnie.
Najpiękniejsza obserwacyjna noc w Pana życiu.
Dużo ich było i chyba nie wskażę jakiejś takiej naj naj naj, ale przypominam sobie taką jedną bardzo niezwykłą. Pamiętam nawet, że opisywałem ją jako najpiękniejszą noc tego roku, na co zresztą później się media też powoływały i wcale się nie pomyliłem. To była noc z 12 na 13 sierpnia 2024 roku, jeśli mnie pamięć nie myli, to była druga w tamtym roku noc z dużą zorzą polarną po 10. Maja, tą największą od blisko 30 lat. Ta 12 sierpnia nie była aż tak spektakularna, ale c’mon, obserwacje roju Perseidów w towarzystwie zorzy przez całą noc nad północnym horyzontem to było coś, co naprawdę trudno zapomnieć. Ale to wcale nie to sprawiało, że ta noc była niezwykła, bo dodatkowo nad ranem przed wschodem słońca pojawiła się przepiękna koniunkcja, i teraz próbuję sobie przypomnieć, ale to była chyba koniunkcja Jowisza i jasnego Marsa, tak mi się wydaje, a do tego jeszcze tamtej nocy można było na mili obserwować przylatujący pociąg fińskich Starlinków, co było dosyć niezwykłą atrakcją, także tam się działo. Wtedy naprawdę bardzo dużo było pięknej pogody, fajnej aktywności, zorzy polarnych. Działo się wtedy strasznie dużo i rzeczywiście to bez wątpienia była jedna z najpiękniejszych i najciekawszych nocy tamtego akurat roku 2024. Mógłbym pewnie też wskazać całe mnóstwo nocy z zorzami polarnymi na dalekiej północy, gdzie bardzo często przebywam na obserwacjach, ale to już jest opowieść na pewnie zupełnie inną okazję.
A czy zdarzyło się Panu wzruszyć, patrząc w niebo?
Wielokrotnie, oj, tu bez wątpienia. Akurat ja się też stosunkowo łatwo wzruszam, więc może to też nie jest sztuka, ale było takich wiele widoków, o które, jak patrzyłem, to myślałem sobie: to jest absolutnie niesamowite. I tutaj mowa oczywiście o takich niby powtarzających się, ale wciąż przepięknych zjawiskach, jak piękny wschód i widok Drogi Mlecznej w Bieszczadach, ale też rzadkich zjawiskach. Jak pamiętam doskonale, gdy udało mi się zobaczyć najbliższą za naszego życia i życia wielu innych pokoleń przed nami koniunkcję Jowisza i Saturna, gdy podłączyłem do mojego dużego teleskopu kamerę o małym chipie i jeszcze użyłem Barlowa, a miałem tam przepotężne powiększenie, a wciąż obie planety miałem tuż obok siebie. W polu widzenia doskonale widzę pasy Jowisza, jego wielką czerwoną plamę i pierścienie Saturna. Coś nieprawdopodobnego, więc to zjawisko wtedy też naprawdę mnie poruszyło. Zwłaszcza że jechałem po całej Polsce, żeby wtedy znaleźć jedno okienko pogodowe, gdzieś na Podhalu. No i co tutaj dużo mówić? Ja ryczę po absolutnie każdym całkowitym zaćmieniu Słońca. Taki rodzaj emocji buzuje wtedy w mojej głowie, że absolutnie nie można się od tego uwolnić. Więc tych wzruszeń jest u mnie zawsze bardzo bardzo dużo i staram się przekonywać ludzi do tego, że niebo może dawać tego typu emocje. Ja w ogóle jestem zdania, że akurat popularyzacja, którą ja wykonuję, musi się trochę opierać właśnie na emocjach, bo jest wystarczająco dużo ludzi, którzy w sposób racjonalny, naukowy opowiadają o nauce. Natomiast ja staram się pokazywać, że ona niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny, bo od tego tak na dobrą sprawę jest już tylko jeden mały krok do tego, żeby ci ludzie pełni fascynacji, wzruszeń, jakichś wielkich uniesień sami dążyli do zgłębiania wiedzy o tym, co obserwowali. Więc na te emocje zawsze też zwracam bardzo uwagę.
Wspomniał Pan o polskim niebie, a jakby miał Pan wybrać jedno miejsce w Polsce z najpiękniejszym i najciemniejszym niebem? Jakie miejsce by to było?
Okolice Tarnawy Niżnej w Bieszczadach, przy samej granicy z Ukrainą. To już jest takie: mam poczucie ostatecznego miejsca, jeśli chodzi o obserwację nieba w Polsce. Nie do końca powiedziałbym, że jest to legalne. No, droga jest jakby publiczna; można tam się zatrzymać gdziekolwiek. Jednak jeśli się w bok zjedzie, to jest już teren Parku Narodowego. W związku z tym nie można tam przebywać po zmierzchu. No, nie będę ukrywał, że kilka razy mi się tam zdarzyło gdzieś skitrać w zakrzakach, tak żeby leśnik mnie nie widział. Gdy wpadała na mnie w nocy, Straż Graniczna zawsze była trochę zdziwiona, ale mówiła, że tak długo jak mam polski paszport, to dla nich jest okej. Natomiast to jest miejsce, gdzie niebo nie jest ciemne; ono jest czarne po horyzont po 356°, nawet może 357° horyzontu. Chodzi o to, że jest tylko jedno tam miejsce, przy którym można zobaczyć odrobinę łuny, która bije od jednej tylko latarni, która znajduje się na Ukrainie, w małej miejscowości Sianki. To jest lampa oświetlająca jeden z rozjazdów kolejowych. Gdy nadejdą lepsze czasy, pewnie uda mi się skontaktować z przyjaciółmi w Ukrainie, pogadać wtedy o tej jednej latarni i może coś z tym zrobić. Wtedy ten obszar, okolice Starej Wsi Beniowa w Bieszczadach, odzyska status absolutnie perfekcyjnego miejsca do obserwacji nieba w Polsce. Żadne Izery, żadne Mazury, żadne inne miejsce nie jest tak niezwykłe jak tamten obszar, gdzie zresztą góry nie są tak bardzo wysokie i mamy naprawdę niebo po horyzont. To jest obłędne.
Także byłem w tych okolicach i także potwierdzam pana opinię na ten temat. Kolejne pytanie: obserwacje w samotności czy w towarzystwie?
W większości przypadków w towarzystwie. Ja absolutnie lubię się dzielić tym, co oglądam, aczkolwiek kilka razy w roku potrzebuję być też tam sam. Więc zdarza mi się, że przynajmniej raz w roku staram się jechać w Bieszczady samemu, tylko dla siebie i tak samo jak kilka razy w roku podróżuję do Arktyki razem z turystami, którym pokazuję zorzę polarną. Zawsze też muszę wyjechać sobie raz sam, najlepiej jesienią, kiedy mogę sobie być sam na sam z zorzą. Absolutnie tego raz w roku przynajmniej potrzebuję.
Gdyby miał Pan zachęcić totalnego laika do poświęcenia przynajmniej jednej nocy na obserwację gwiazd – w kilku zdaniach – co by Pan mu powiedział?
Gdy wszyscy inni idą spać, a świat jakby trochę przystaje, nagle okazuje się, że każdy z nas na wyciągnięcie ręki ma zupełnie obcy świat. Cały wszechświat, który jest nad naszymi głowami i bardzo często spotykam się z taką obawą, że ale ja nic o nim nie wiem, jakby ja się na tym nie znam, ja nie wiem na co patrzeć; spróbujcie wtedy odłożyć smartfon na godzinę, schować go do kieszeni, a najlepiej wyłączyć, ubrać się ciepło, pójść w ustronne, ciemne miejsce z dala od świateł miejskich i przez uczciwą godzinę gapić się w niebo. Gwarantuję, że to, co zobaczycie wtedy, to ile rzeczy was zaskoczy, zdziwi, zafascynuje, sprawi, że przynajmniej będziecie chcieli do tego wrócić, a być może będziecie chcieli dowiedzieć się trochę więcej. Polecam tego kiedyś spróbować.
Tymi słowami pięknymi myślę, że zakończymy nasz dzisiejszy wywiad. Życzymy wielu sukcesów na ścieżce zawodowej, kolejnych niesamowitych obserwacji i, rzecz jasna, zawsze czystego nieba nad głową.
Dzięki wielkie. Wszystkiego dobrego.
Ku chwale astronomii!
Czystego nieba.
Pełna wersja wywiadu na YouTube
Wywiad przeprowadził Jakub Bartkowiak
Korekta – Adam Piznal





